Historie

blacksea 01

09. Aye, captain!

Pobudka! Niektóre pobudki bywają szybsze, niż być powinny, szczególnie gdy śpisz na telefonie, w którym był ustawiony alarm na godzinę 6:00 rano. U agenta w porcie muszę być o 9:00, bo nie popłynę nigdzie. Jest 7:30.

Na szczęście gotowy do drogi rower stoi w ogrodzie hostelu, w którym mieszkam. Do jazdy przygotowałem się dzień wcześniej - miałem po prostu wstać, wziąć prysznic, zjeść śniadanie i odjechać. Założyłem, że potrwa to godzinę - teraz mam 20 minut. Rezygnuję ze śniadania.

W tym miejscu doceniam elektryczne wsparcie w kole bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Bateria naładowana - gazu! Z Warny do portu pod miasteczkiem Belosław jest 25 km - czy można tam dojechać w mniej niż godzinę tocząc łącznie 160 kg? Można! Jadę jak wariat - nie dotyczą mnie światła, gdzie trzeba uciekam na chodnik. Co chwilę zerkam na prędkościomierz i wydaje mi się, że średnia będzie niezła - na podjazdach - 15 km/h, na zjazdach - 40 km/h. Będzie dobrze! Zastanawiam się po co brałem prysznic, bo nie minęło 15 minut, a ja jestem już cały mokry. Na moje szczęście zaraz po opuszczeniu Warny za mostem nad portowym kanałem droga robi się bardzo spokojna. Jestem na niej sam. Na posterunku celników staję o 8:56. Dzwonię do agenta - biega z papierami, podejdzie do mnie za ... 2 godziny! Bardzo mnie ta wiadomość nie zmartwiła.

Statek w porcie Statek w porcie

Port w mieście Belosław to dwie rampy załadunkowe, zasypany żwirem parking dla ciężarówek, odprawa celna w stalowym kontenerze i ogromny biurowy gmach, w którym gdy przyjechałem, otwarty był tylko jeden pokój, a w nim pracował tylko jeden człowiek - agent odpowiedzialny za załadunek całego statku. Skoro nie ma dla mnie czasu teraz, a właśnie się dowiedziałem, że statek najprawdopodobniej wyjdzie w morze dopiero w nocy, bądź wczesnym rankiem, bo cały pokład ciężarówek musi na niego wjechać, postanowiłem zorganizować sobie śniadanie.

Port Belosław Port Belosław

Czasem leżąc, czasem siedząc na betonowym murku w porcie tuż obok odprawy celnej w tych dwóch wolnych godzinach skonsumowałem wszystko, co miałem w tak zwanej torbie na jedzenie, z wyjątkiem chińskich zup, które wożę ze sobą w ilości 4 sztuk na wszelki wypadek. Zostały, bo na sucho są niejadalne. Pomagał mi pies. Słodkie bułki - zjedzone, dwa jogurty - zjedzone, wafle i herbatniki - zjedzone, słodkie napoje - na wykończeniu. Stan ogólnego “czilu” pochłonął mnie bez reszty. Dwie godziny minęły, a agenta brak.

Will-k morski

Gdy rozmawiałem ze strażnikami w porcie, próbując wydobyć bardziej konkretne informacje dotyczące agenta, pod ich budką pojawił się mocno wyluzowany starszy pan z laptopem w dłoni i na oko 15-litrowym plecakiem przerzuconym przez ramię. Właśnie wrócił z biura w budynku, który wyglądał jak biurowiec do wyburzenia.

  • Cześć. Jestem Will. Płyniesz z nimi?
  • Cześć! Maciek. Tak, płynę. Czekam na agenta, żeby kupić bilet.
  • Wracam od niego. Idź tam, bo albo przewraca papiery albo gada przez telefon. Nigdy tu nie przyjdzie. Siedziałem tam od rana i właśnie przed chwilą kupiłem swój. Płynę do Poti. Widziałem cię na drodze. Prawię cię walnęliśmy na tym zakręcie za górką.
  • To byliście wy? A ja się zastanawiałem, kto temu deb#lowi dał prawo jazdy, hahaha. Wyzywałem go przez 5 minut. Też płynę do Poti - oni, to jedyna opcja.
  • Wiem!
  • Idę do biura. Zerkniesz na rower? Załatwię bilet, to pogadamy.
  • Nie ma problemu!

Will jest byłym żołnierzem Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, niestety ciężko powiedzieć, że to “stan spoczynku”, bo jego emerytura polega na jeżdżeniu po świecie z dwoma t-shirtami w plecaku oraz laptopem, którym robi zdjęcia i pchaniu się na statki gdzie to tylko możliwe - fajne hobby! Biorąc pod uwagę ciągłą potrzebę ganiania za dziewczynami, mentalnie zdaje się być młodszy ode mnie, hahaha.

Na kanapie przed pokojem agenta trzeba było odczekać swoje. Gdy przyszło do kupna biletu pojawił się problem. Ktoś zapisał, że turysta z rowerem płynie do Czarnomorska. Chwilę trwało zanim sprawa została wyjaśniona. Cenę znałem w dolarach więc po bankowym kursie wziąłem ze sobą tyle lewów, żeby wystarczyło. Okazało się, że przelicznik portowy nieznacznie różni się od bankowego i ... brakuje mi 1.5 lewa (to 3 zł). Agent okazał się bardzo skrupulatnym człowiekiem - ma być tyle ile pokazuje jego kalkulator i mam godzinę, żeby to zorganizować albo nie popłynę nigdzie.

Muszę znaleźć bankomat. Biegiem ruszyłem w stronę parkingu dla ciężarówek żeby spytać o pierwszy lepszy bankomat, który znajdę nieopodal portu. Dwóch pracowników, którzy jak się dowiedziałem, przyjechało jako druga zmiana, żeby ładować ciężarówki na pokład, poinformowało mnie, że jest jeden w miasteczku Belosław - 3 km stąd w kierunku Warny. Zaproponowali, że mnie podwiozą póki jeszcze nie zaczęli pracy. Bosko!

Wchodzę na statek Wchodzę na statek

Bilet kupiony - wracam po rower. Jest 15:30. Z celnikami spędziłem na rozmowach pół dnia więc odprawa była formalnością polegającą na wbiciu stempla do paszportu.

Wchodzę na statek. Nie była to duża jednostka ale wrażenie robiła ogromne, szczególnie gdy byłem już w brzuchu tego wieloryba i czekałem aż jakaś ciężarówka wjedzie na podnośnik, żebym mógł z nią pojechać na górny pokład. Trwało to kolejną godzinę.

Na pokładzie akcja przyspieszyła. Spotkanie informacyjne ze stewardem zajęło 10 minut. W jego trakcie dostałem mieszkaniowy przydział na czas rejsu, zaproszono nas na kolację. Głodny byłem jak wilk! Jakież było moje zdziwienie, gdy zaraz po godzinie 18:00, jeszcze w trakcie trwającej obiado-kolacji, statek zaczął grzać silniki. W morze wyszliśmy o 20:00!

Słowo o żeglowaniu

Większość moich przygód miała miejsce na morzu - całe liceum i pierwsze lata studiów żeglowałem - głównie po Bałtyku, który przez żeglarzy i marynarzy uznawany jest za jedno z najtrudniejszych mórz na naszym globie. Uważam, że żeglarstwo jest tym sportem, który znakomicie wyrabia charakter i jest w stanie cię przygotować psychicznie na każde wyzwanie. Nie ma nic bardziej hartującego podróżniczą duszę niż rejs po rozkołysanym burzą Morzu Bałtyckim, bez kawałka lądu na horyzoncie, na 7-metrowym jachcie typu Nefryt, który właśnie zgubił zaburtowy silnik, a woda wlewa się do środka z takim impetem, że jedno wiadro to za mało, żeby utrzymać jej poziom w kokpicie poniżej kolan.

Will (po lewej) i ja Will (po lewej) i ja

Teraz płynę 185-metrowym olbrzymem o wyporności prawie 20000 ton - “Geroite na Sevastopol“ (bliźniak jednostki “Geroite na Odessa”). Mam wrażenie, że to pływający blok mieszkalny - morze jest nader spokojne, poza drżeniem pokładu spowodowanym pracą obu silników, nie czuć najmniejszego kołysania. Jeżeli kiedykolwiek chcielibyście podróżować statkiem, takim jak powyższe, musicie być przygotowani na to, że często nie kursują one według sztywnych grafików, a czas wyjścia w morze uzależniony jest od ich załadunku.

Ponieważ port w Warnie oddalony jest od niej o 25 km, a port Alat w Azerbejdżanie od Baku aż o 80 km (przeczytacie o tym w części o przeprawie przez Morze Kaspijskie - “12| Największe jezioro świata!”), dobrze jest w oczekiwaniu na statek zerknąć na www.marinetraffic.com. Znajdziecie tam informacje o aktualnym położeniu statku, na który czekacie.

Pozwoli to wszystkim niecierpliwym, jak jeden mój kolega, którego poznałem w Baku, uniknąć sytuacji, w której zameldował się w porcie w Alat zgodnie z harmonogramem przewozów podanym przez armatora, a spał pod chmurką kolejne 3 dni w oczekiwaniu na statek, bo ten z powodu burzy przez dwa dni nie mógł opuścić portu w Aktau po kazachskiej stronie.

Delfiny w Morzu Czarnym Delfiny w Morzu Czarnym

Dni mijają bardzo spokojnie, pogoda jest idealna. Codzienny rytuał nie jest skomplikowany - zaczynamy śniadaniem, po którym przychodzi czas na kawę z papierosem na górnym deku. Widok - najlepszy! Dookoła błękitny bezkres morza łagodnie łączący się niebem na horyzoncie. Tu i ówdzie wiszące nisko nad taflą wody chmury. Do 17:00 każdy ma czas dla siebie. Korzystam z niego porządkując wszystkie materiały z krajów, które już przejechałem. Potem obiado-kolacja i “wesoła” integracja. Czuję, że odpoczywam. Potrzebowałem takiego przerywnika. Od czasu do czasu ktoś krzyknie “Delfiny!”. Faktycznie, przynajmniej raz dziennie przecinają nasz kurs w małych stadach.

Parkujemy w Czarnomorsku Parkujemy w Czarnomorsku

Krym na bakburcie

W drodze na Ukrainę mijamy Wyspę Węży. Postój w Czarnomorsku, który oglądałem już w tej podróży z brzegu (“06| Ukraina. Chrzest bojowy.”) jest krótki, bo spóźniony bliźniak naszego statku - “Geroite na Odessa” zabrał część towaru przewidzianą dla nas i do Kazachstanu płyniemy razem.

Krym na bakburcie Krym na bakburcie

Droga z Czarnomorska do gruzińskiego Poti łamie się na wysokości krymskiego Sewastopola. Przez chwilę widać sporą część Krymu. Gdy ląd ginie z oczu, statek przyspiesza - każdą zmianę tempa pracy silników czuć w drżeniu wszystkiego, co jest na pokładzie. Tym razem wibrujemy bardzo - tak szybko jeszcze podczas tego rejsu nie płynęliśmy.

Z każdym dniem pokładowe towarzystwo jest bardziej zintegrowane. Ja dostaję ksywę “polski”, Will jest “amerykański” - tak też się do nas zwracają. Poza nami - turystami, jest jeszcze 12 kierowców ciężarówek z różnych krajów, choć aut transportujemy 50. Rozmawiamy po angielsku. Nie ma na statku miejsca, do którego byśmy nie zajrzeli - najlepiej jest na pomoście nawigacyjnym (“flying bridge”) - stąd widok jest najlepszy.

Droga do Poti mija szybko. Spędzanie czasu na statku, gdy patrzysz na morze, nigdy nie jest nudne. Jest w tym dużo magii - mogę gapić się przed siebie przez dwie godziny, nie zmieniając pozycji. Gdybym miał to robić z poziomu plaży - wytrzymałbym 15 minut bez wiercenia się, a po 30 minutach szukałbym sobie dodatkowego zajęcia, chyba że wcześniej bym usnął, hahaha. Na redzie stajemy po południu. Ponieważ port w Poti dysponuje jedną rampą rozładunkową dla jednostek wielkości naszej, trzeba uzbroić się w cierpliwość. Gruzję mam na wyciągnięcie ręki!

Jeżeli nigdy nie podróżowaliście statkiem towarowym, to spróbujcie chociaż raz - wrażenia są przednie, pokładowa wolność - ogromna, a załoga bardziej zainteresowana wami, niż wy nią - w pozytywnym tego słowa znaczeniu oczywiście. Stwierdzam, że 100 dolarów zainwestowane w tą 7-dniową przeprawę było najlepiej wydanymi pieniędzmi na dotychczasowym etapie tej wyprawy. Sami zobaczcie!

Kajuta z widokiem Kajuta z widokiem

3-osobowa kajuta z łazienką, prysznicem i toaletą tylko dla mnie. Widok boski!

Jedzenie na pokładzie Jedzenie na pokładzie

Dwa posiłki dziennie wyglądające jak ten, kawa, herbata oraz woda do każdego z nich. Dodatkowo zawsze jedna butelka wody na noc.

Basen z wodą morską Basen z wodą morską

Dostęp do zlokalizowanego na górnym pokładzie basenu, który załoga cztery razy w trakcie tej przeprawy napełniła nam wodą morską.

Ja i steward Ja i steward

Wszelkie inne luksusy można było kupić u tego pana. Ze względu na charakterystyczny styl chodzenia w równie charakterystycznych szortach załoga mówiła na niego przekornie “Spongebob” - to steward i wbrew ksywce bardzo szanowana osoba na tym statku. On też rozdzielał kody dostępu do satelitarnego Internetu.

Po tygodniowym rejsie, który był przynajmniej dwa razy za krótki przyznaję, że ekipa Navibulgar obsługująca połączenia między Bułgarią i Gruzją, to bardzo klawe chłopy! Jeżeli kiedykolwiek zdarzy wam się wylądować w Warnie z planem podróży do Gruzji przez Morze Czarne, po tekście “08| Bułgaria. Nie odpuszczaj.“ wiecie jak skutecznie załatwić przeprawę ich jednostką, podczas której na pokładzie macie szansę być jedynymi turystami. Wrażenia niezapomniane! Ahoj!

Zdjęcia z przeprawy przez Morze Czarne znajdziesz w galerii “Morze Czarne”. Jestem na Facebooku jako @kosmopolack.life i na Instagramie jako @kosmopolack. Zapraszam do śledzenia mojej przygody!

Jak chcesz mnie dodać do znajomych, nie wahaj się. Znajdziesz mnie we wspomnianych serwisach społecznościowych jak również na LinkedIn. Może spotkamy się po drodze, kto wie! Stale szukam dobrych ludzi na trasie, którzy będą chcieli udzielić mi schronienia na noc. Jeżeli chcesz potowarzyszyć mi w podróży w wybranych krajach - powiedz mi o tym. Jeżeli znajdziesz chwilę, by pokazać mi swoje miasto - daj mi znać! Nasze zdjęcie w moim blogu podróżniczym to mus!